środa, 04 stycznia 2012
Zahoryzontyzm
Osiadam za pograniczem horyzontu. Przycupnięcie z cicha, z rękami splecionymi na karku, łokcie wystawiwszy na boki. Patrzę niewygodnym rozpięty krzyżem, chłonąc półgłos Rzeczywistości. Spogląda na mnie oczami zaprzeszłymi, półuśmiechami niepewnymi formy. Zamykam formę w oczekiwaniu na rozpięcie skrzydeł.
Nabieram powietrza, smakuje mgłę.
piątek, 30 grudnia 2011
Pięć mil od nieba
Na mgle zawieszona uwaga tropi rytmikę molekuł. Emocjonalne trzeszczenie rozsądku na pograniczu z cichym robakiem ducha. Przekarmienie zbyt intensywna dawką szlachetnego miodu podaną w alabastrowej czarze spływa pniem psychiki po ostrych zalomach zwątpienia.
Zaglądam na chwile pod przędzę, ruchem potępnym.
Alabaster jest jednak piaskowcem, obserwator tylko obserwatorem - Heisenberg a może tylko jego interpreterzy - miał rację: już sama obserwacja zmienia obiekt.
Zmienia tez obserwatora.
Rozgorączkowane akordy gitarowe, okryte mrocznie zachrypniętym głosem.
Trzy dni do progu kolejnego. Zliczam. Za zakrętem Czasu: Inność.
niedziela, 25 grudnia 2011
Migot
Spojrzenie Twoich oczu, ukryty w nich blask.
Dotyk Twojej dłoni ... Twój głos...
...świat migotał jedno drgnienie powieki.
wtorek, 20 grudnia 2011
Pani, brak mi obecności Twej. Jak sny Twoje?
... aktywność przerywam szybkimi zgaszeniami myśli, poniekąd marząc o mocnym odurzającym resecie. Kumulacje ostatnich dni miesiąca ostatniego: ostatność, ostatność bezgramatycznie niepoprawna.
Wolty w emocjach, w planach, w realizacjach.
Siadł bym z Tobą w ogrodzie nad dwoma filiżankami kawy pochylony.
Odmarzając...
piątek, 18 listopada 2011
Malarz i Burz i Powietrza
Cichość Szału, smak Pocałunków, zmysłowa lekkość uśmiechu, skrywanego w kącików ust wykrzywieniu. Głos. Obecność. Bliskość.
W Tle: Dialogi. Perspektywy w Perspektywie.
Rozstajność na okamgnienie przed kolapsem Wszechmożności. Czas zamarza oczekiwaniem.
Siedzę wsłuchując się w echa Dialogów. Słucham akordów bieli i czerni.
Powyżej: Przenicowany Zamek.
czwartek, 10 listopada 2011
groza spełnień.
A kiedy marzenia spełniać się zaczną, kiedy ruszy lawina wszechmożności, wymrożona z oczekiwania...
Uśmiech przerazi blaskiem, obecność odrealni drewniany stół, czarna gitara elektryczna zagra Hells Bells...
Kawa przenosi poza realność, alkohol wybudza, spokój nie gasi pragnienia
cisza rozbrzmiewa w przesterze, przepitym ochrypłym krzyku solisty, łomocie rytmiki perkusyjnej, przygniataniu czterostrunnego basu...
Marzę o chwili takowej: polec na liści wzgórku,spoglądając w niebo chłonąć zapach gleby, czując niemal jej smak.
Wybuchnąć, zgasnąć spaść, rozbić się i poskładać raz jeszcze od nowa.
niedziela, 18 września 2011
Pocichsk
Rozsypane na szkle stołu okruchy spędzanych chwil wydziobuję palcem. Przyklejane do niego kolejne ziarna sezamu smakują Nieobecnością. Trącenia zaczepne, spojrzenia na obrazy statyczne nakrywające pędzącą codzienność - tak to o tobie.
Kolejne bolesne biegi, co uczą stopy, by bezumyślnie omijały miejsca tępo bolesne. Wschódsłoneczność poranków, mgnienio ocznie uciekająca w rozgardiasz chwil tresowanych terminarzem. Ujadanie terminów przeminionych, kąsanie wyrzutosumień.
Plato codzienności.
poniedziałek, 11 lipca 2011
Nie ma już ...
Upadek z rozpędu, ze skrzydeł łoskotu co z bólem nosiły ku górze.
W chwili jednej odwrócony wektor, multiplikacja energi i roztrzask idei o krzyk półgłośny i wyrzut.
Okamgnienie refleksji. Świat ujęty za brzeg i odwrócony w kierunku co ortogonalnym być nie powinien. Miejsce co ciasnym być miało, uwierającym kościec zmęczonego barku, stopniowo wtapia się w ramiona. Ulotność i wrażenie z pogranicza empirii: jest miejsce dla wyprostnych ramion. Jest pion by głowę wznieść.
Ramiona obolałe, plecy ugniecione ciężarem osadzonym przez Furię. Prostuję się.
Szlag.
Nie ma już rozgwieżdżonych niebios.
piątek, 24 czerwca 2011
Cyklogeneza
Niż opadł, schłodzone masy docisnęły horyzont. Zrównane łuki scieżek krętych, deszcz jednostronny chłodną smugą spływa w myśli.
Rzeczywistośc przysiada na głazie, chowa głowę w kaptur, naciąga ramiona nad ciemię. Ciężar ciała męczy jak trzydziesty kilometr maratonu w podbiegu pod górę. Pustka w myślach gniecie jałowością skojarzeń, twarz oparta na ramionach nie odczuwa ukojenia w wątpliwym ukryciu. Dociśniete do oczu powieki budza tylko purpurowy dym. Nie ma już rozgwieżdżonych niebios.
...jest li ze wszystkich szlachetniejszą rzeczą...
wtorek, 14 czerwca 2011
Bestia co we mnie drzemie...
...imię ma.
L E N I W I E C.
|
|